Nigdy wcześniej batatów nie jadłam. 
Zostały nabyte z potrzeby czysto eksperymentalnej. Wyglądały niepozornie obok zwykłych ziemniaków, odróżniał je tylko rozmiar. Zostały zatem spakowane cztery i zabrane do domu.
Po namyśle, co z nich zrobić, wybór padł na najbardziej prozaiczną rzecz na świecie – frytki. Nie smażone, bo takich nie lubię. 
Po prostu grubo pokrojone,  pieczone w piekarniku  (200 stopni, około 40 minut), obsypane pieprzem, sola morską, polane oliwa. Bez zbędnych dodatków, w końcu trzeba było się przekonać jakże ów batat smakuje. 
Rezultat ? Jest ok. Nie oszalałam na ich punkcie. Nie obrałam ze skórki co było błędem, bo upieczona jest twarda i średnio smaczna. Całkiem nieźle łącza się z jogurtem naturalnym, bo same w sobie są słodko mdłe.
Zostały jeszcze dwa. Ale to już innym razem.