Bardzo lubię ostre przyprawy. Zazwyczaj w kuchni mam całą plejadę różnych rodzajów chili, papryk i pieprzów. Wydawało mi się, ze lubię ostre rzeczy, aż zobaczyłam, co jest w stanie zjeść mój mąż Bo kiedy dla mnie coś jest słone albo już pikantne, jego kubki smakowe uznają to za mdłe i niezbędne do ulepszenia. 
Pamiętam, jak kiedyś kupiłam suszone papryczki piri piri [są bardzo ostre]. Zostawiłam w kuchni w słoiczku i poszłam do pracy. A potem dostałam relację „Słuchaj, ja sobie to na kanapkę położyłem, ugryzłem – a to piecze jak cholera. Jem chleb – nic. Piję piwo – nic. Po jakimś czasie przeszło, ale to nie było NAJGORSZE. Poszedłem sikać i nie umyłem rąk. No… „ A reszty możecie się domyśleć. Także rada numer 1 – po dotykaniu ostrych papryk i przypraw trzeba umyć ręce
W zeszłym tygodniu, podczas zakupów warzywnych na placu, dostrzegłam maleńkie, śliczne papryczki. Habanero – jak mnie pani sprzedawczyni uświadomiła. BARDZO ostre. Wzięłam więc dwie na spróbowanie. Oczywiście mój małżonek, spragniony ostrości dosypał sobie konkretną ilość do makaronu. Cóż… trzeba przyznać, że to jednak z najostrzejszych papryk na świecie.

Istnieje skala Scolville’a, która określa ostrość poszczególnych gatunków papryk. Według niej – papryka roczna – czyli zwykła słodka papryka, którą jemy, ma wartość 0. Papryka jalapeño i sos tabasco to już przedział 2 500 – 8 000. Pieprz cayenne, który dla niektórych osób jest bardzo ostry – to granica pomiędzy 35 000 a 50 000. Moja habanero w tej skali plasuje się wysoko – z wartością 200 000 – 350 000. Dla porównania gaz pieprzowy osiąga w tej skali 5 milionów jednostek ;) 
Jak widać, habanero nie nadaje się raczej do jedzenia na surowo. A dodając ją do potraw należy być BARDZO oszczędnym. 
Dzisiaj wpadłam na pomysł zrobienia sosu słodko – pikantnego. Z habanero oczywiście. Tylko, ze przegięłam z ilością. Totalnie niejadalny z powodu pikantności sos, który można by było używać jako broni, uratowało puree z dyni, które pomogło, ale lepiej jest bez niego – z naprawdę delikatnym dodawaniem papryczki. Tak więc po teście i po modyfikacjach, dzisiaj proszę Państwa – przepis na sos z mango i habanero. Kolor bardzo piękny, słoneczno-pomarańczowy [oby mi się słoiki z dżemem dyniowym nie pomyliły]. 
Składniki:
  • 2 mango
  • PÓŁ habanero [naprawdę wystarczy ]
  • szklanka startej marchewki
  • 3 ząbki czosnku
  • pół posiekanej cebuli
  • 3 łyżki octu [ u mnie domowy, jabłkowy, bo taki akurat jest na stanie, ale myślę, że inny też się nada]
  • sok z małej limonki albo z polowy cytryny
  • sól
  • gumowe rękawiczki
Ubieramy rękawiczki [tak, są potrzebne, bo bez nich ręce mogą piec przez dłuższą chwilę, zwłaszcza u osób wrażliwych]. Habanero kroimy na pól, pozbawiamy pestek. Mango pozbawiamy skóry, tez kroimy, Cebulę i czosnek grubo siekamy. Wszystko wrzucamy do blendera i blendujemy na gładką masę. Wrzucamy do garnka, dodajemy ocet, sok z cytryny i sól i na maleńkim ogniu gotujemy około 10 minut. Jeśli dla kogoś jest zbyt gęste – można dodać odrobię wody.
Dzięki mango sos jest fajnie słodkawy, a potem przychodzi lekkie pieczenie. Powinien wyjść świetny – ale nie oszukujmy się, dla wielbicieli ostrych smaków. Niektórym nie będzie pasował.
Ja moją spierdzieloną wersję i uratowaną dodatkiem dyniowym lubię. I jeśli ktoś przesadzi, myślę, że dodatek czegoś takiego – marchewki, dyni – powinien pomóc. Ale lepiej mniej tego habanero niż więcej. 
I już mam w głowie pomysł na kolejny taki ostry sos, z chili, ale to za parę dni. 
Także – pamiętajcie o myciu rąk !!!