W połowie lutego wrzucać lutowe tapety, to prawie jak szczyt bezczelności
ale ostatecznie stwierdziłam, że skoro do końca miesiąca zostały 2 tygodnie to jeszcze nie ma dramatu, prawda ? 
dla tych, którym brakowało rysunków na pulpicie, poniżej dwie wersje do wyboru. 

A ja się wytłumaczę. Z nieobecności.

Zdawać by się mogło, że początek roku powinien motywować do hiperaktywności, produktywności i prawie pracoholizmu, z którym byśmy się dumnie obnosili.
I u mnie ta aktywność się objawiła, a jakże. Ale w działaniach poza internetowych. 

Szkoła, praca, sesja, dom, ogarnianie tego całego bajzlu. niby nic takie wielkiego, niby każdy ma dokładnie to samo. 
Czytam te wszystkie porady – jak znaleźć czas na kreatywność, jak planować, żeby wyjść na 1000%. Jak zrobić milion rzeczy i jeszcze wydrzeć godzinę dla siebie. Pobiegać, medytować, relaksować się. Jeszcze by najlepiej ulepszyć związek jedną ręką a drugą szydełkować. I jakoś w międzyczasie być na bieżąco z tym co w sztuce i w polityce. 

Otóż moi Państwo – a gówno. 

Nie da się. Nie da się spać po 4 godziny, wstawać przed świtem, wracać do domu po 22 i być całym w skowronkach, żeby kreatywnie tworzyć sztukę. Nie da się być na pełnych obrotach przez półtora miesiąca, nie mając czasu na bezmyślne patrzenie się przez okno czy szlajanie się bez celu po ulicach. Nie da się być super zawsze i wszędzie. A ja oczywiście tak chciałam
Wracam do domu po tej 22, po pracy i zamiast odpocząć – po co mi odpoczynek ? Przecież tyle do zrobienia… Zdjęcia do obrobienia, jakieś projekty, namalować obraz, posprzątać, ugotować, coś zrobić. Cokolwiek. Żeby tylko robić, żeby w głowie się zmniejszyła ta pulsująca lista rzeczy, które trzeba ogarnąć. 
I tak jak zombie pracoholik, cały styczeń. 
Udać się udało, wszystko co miało. 
Ale dokładnie w ten sam dzień, kiedy skończyła mi się sesja i zaczęło wolne w pracy – co mogło się stać ? Zachorowałam Smarkam więc od kilku dni, powoli się to przeziębienie czy inne cholerstwo kończy. W końcu trzeba wracać do tego – hiperaktywizmu. 
A tak serio. Faktycznie styczeń dał mi w dupę. Faktycznie przeleciał mi tak, że nic z niego nie pamiętam, poza odhaczaniem kolejnych zrobionych rzeczy i wykreślaniem z list. Skończyło się, już sobie na taki zapiernicz nie pozwolę. Będę mądrzejsza. Nie będę mieć wyrzutów sumienia, że potrzebuję odpocząć.
Taki był styczeń. I pierwsze dwa tygodnie lutego właściwie. Ale teraz mam trochę czasu na odżywcze dla mózgu leserstwo. 
I wiecie co ? Doskonale mi z tym (: 
A porady o produktywności dalej czytam. ale z przymrużeniem oka. 
A tapety pobieramy jak zwykle – otwieramy w nowym oknie i zapisujemy. 
Dajcie znać, która Wam się podoba