Tak dużo ostatnio wspominam o tym, że niedoczas, o tym, że sprawy fotograficzne, że dyplom, że wypada mi napisać o co w ogóle w tych chodzi. Bo brzmi enigmatycznie, żeby nie rzec idiotycznie.

A więc od początku.
Jak mówiłam już kilka razy, aktualnie uczę się w szkole fotograficznej. A raczej ją kończę. Na zakończenie szkoły, musimy zrobić tak zwany dyplom, czyli po prostu projekt fotograficzny na dowolnie wymyślony temat, zorganizować mu wystawę z wernisażem, a potem go obronić. Brzmi dość banalnie, w rzeczywistości jednak – przynajmniej dla mnie, pochłania to kupę czasu. Bo trzeba załatwić wszystko. A z tego wszystkiego zrobienie zdjęć jest chyba najprostsze. Ja ostatnio walczyłam ze spadami przy projekcie ulotek, i myślałam, że mnie to przerośnie Na szczęście walkę wygrałam, ulotki zamówiłam. Ale co się naklęłam siedząc przed Photoshopem to moje.

Zdjęcia

Pomysł na projekt zrodził się w mojej głowie już w zeszłym roku, kiedy zainteresowałam się bardziej roślinami jadalnymi i zielarstwem. Początkowo chciałam robić portrety ludziom, którzy zajmują się leczeniem roślinami. ale że pomysły mają to do siebie, że ewoluują, zwłaszcza w trakcie pracy, efekt końcowy jest o czymś innym. 
Ze wszystkich rodzajów fotografii, zawsze najbardziej interesowały mnie dokumenty i reportaże, zwłaszcza te socjologiczne, więc wybór „gatunku” na projekt wydawał sie od początku oczywisty.
Pojechałam w kwietniu na Podlasie. Przeczytałam kilka artykułów, że na Podlasiu funkcjonują tak zwane szeptuchy, czyli baby, które leczą ludzi. Leczenie odbywa się za pomocą modlitwy, którą szepczą – stąd ich nazwa.. Używają też często tradycyjnych ludowych metod, jak spalanie kłębków lnu na głowie pacjenta, „poświęcanie” wody, maku, cukru i chleba, w które potem pacjent jest zaopatrzany i które ma stosować, wedle zaleceń. Dla mnie brzmiało jak inny świat, którym rzeczywiście się okazało.

Na Podlasiu spędziłam tydzień. Odwiedziłam kilka takich babć, niektóre zgodziły się, żeby zrobić im zdjęcia. Niektóre po prostu mówiły, że nie i koniec. Że one są od pomagania, a nie od jakichś głupot do gazet ( tak, nie dało sie 90-letnim babinom wytłumaczyć, że nie gazeta, ale dyplom szkoła, fotografia  Od jednej usłyszałam, że wypędzała wczoraj biesy i dziś jest zmęczona, i musi odpocząć przynajmniej kilka dni. Ale co się naoglądałam i nasłuchałam to moje – bo do opowiadania były chętne, w kilku „leczeniach” też byłam obecna. 
Spotkałam też pana szeptuna, Co właściwie stanowi sprawę dość wyjątkową, bo zajmują się tym głównie kobiety.
Odwiedziłam też prawosławną pustelnię ojca Gabriela w Odrynkach, do której trzeba było przejść 8 kilometrów przez las, a potem przez wieś i jeszcze prawie kilometrową kładkę przez bagna. 
Widziałam  meczet i cmentarz tatarski w Kruszynianach. 
Przeszłam kilometry małymi drogami przez wsie, które wyglądały jakby czas się w nich zatrzymał. Małe, drewniane domki, pomalowane żółtą farbą olejną z firankami na obowiązkowych gankach i ławeczkami przed wejściem. Żeby usiąść i pogadać albo poobserwować sąsiadów. 
Widziałam chyba najwięcej gniazd bocianich w życiu. I najpiękniejszą wiosnę, bo akurat było słonecznie, zielono, a drzewa mirabelkowe, obsypane kwiatami wyglądały jak chmury na łąkach. I wszechobecny klekot bocianów. 

Dyplom

O czym więc jest  finalny projekt fotograficzny? 
Z racji, że nie udało mi się wszystkich namówić na portrety, robiłam zdjęcia niejako przy okazji. I choć na początku miałam co do tego wątpliwości, teraz wydaje mi się, że powstał fajny dokument.
Dokument, opowiadający o pograniczu. O mieszaniu się tkanki racjonalnej z magiczną, o przestrzeni w której żyją ludzi na Podlasiu. O tym, że na tych terenach wschód  miesza się z zachodem, religia z codziennym życiem i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.
Pewnie powinnam tam pojechać jeszcze kilka razy, żeby wsiąknąć w klimat. Żeby mieć więcej czasu, na niespieszne rozmowy z ludźmi, na szwendanie się po wsiach i miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc. I na pewno tam wrócę. możliwe też, że będę kontynuować zdjęcia, ale już bardziej dla siebie. 


Wystawa

Zdjęcia, które zrobiłam podczas krótkiego pobytu na Podlasiu będzie można oglądać w Krakowie od 6 czerwca, przez dwa tygodnie – jeśli ktoś akurat będzie w pobliżu i wstąpi, będzie mi niezmiernie milo.
Póki co nie będę ich publikować, niech powiszą najpierw na premierowej wystawie Te, które pokazałam tutaj są jednymi z wielu, które zrobiłam, ale nie znalazły się w cyklu. Uzupełnieniem zdjęć są grafiki botaniczne, które ostatnio pokazywałam na facebooku
Plakat do wystawy, wraz z adresem, gdzie można będzie  ją oglądać poniżej
Wytłumaczyłam się z niedoczasu, opowiedziałam o fotografii. 
Teraz muszę się zając ostatkami przygotować do wernisażu, a potem wracam na stałe. 
Mam nadzieję