Około miesiąc temu powstał wpis wyjaśniający moją wyprawę (szumna nazwa, wcale nie było to aż tak wielki przedsięwzięcie) na Podlasie. Można go znaleźć tutaj (KLIK). 

Ale obiecałam też, że zdjęcia z cyklu pokażę na blogu. Z racji, że już po wszystkim, obrona udała się na piątkę, a wszystkie fotografie siedzą u mnie w przedpokoju, nadszedł czas, żeby opublikować je w Internecie. 

Opis projektu

Są takie miejsca, gdzie rzeczywistość nie składa się jedynie z tkanki racjonalnej. Miejsca położone prawie na krańcu świata, gdzie mistycyzm jest nieodłączną częścią zwykłego życia, a po cuda puka się do drzwi, które wskazują sąsiedzi.
Cykl zdjęć „Ecce homo/ Homo naturalis” oraz uzupełniające go grafiki botaniczne jest opowieścią o ludziach, którzy przekraczają granice racjonalnej rzeczywistości. znajdziemy tutaj szeptuchę, która za pomocą dziewięciu zdrowasiek zdejmie z nas różę. Spotkamy prawosławnego pustelnika, który udziela porad zielarskich. Fotografie są też próbą określenia przestrzeni, w której żyją. Tej codziennej, oraz tej pogranicznej – będącej mieszaniną religijności i ludowej mistyki. Przestrzeni w której len jest rośliną magiczną, na rozstaju dróg znajdziemy kapliczkę, a żeby gdzieś trafić, trzeba zboczyć z uczęszczanych ścieżek. Świata, który znajduje się na granicy tego co racjonalne i tego, co magiczne.
Początkowo projekt miał zawierać jedynie portrety osób oraz grafiki roślinne, zainspirowane starymi zielnikami i florą tego regionu kraju. Jednak jak to zazwyczaj się dzieje, pomysły ewoluują w trakcie tworzenia. Ostateczna forma jaką przybrał cykl zawiera w sobie zarówno portrety i grafiki, ale też stara się określić przestrzeń, w jakiej ci konkretni ludzie żyją Ich przestrzeń domową,a jednocześnie przestrzeń sakralną, w której mają miejsce odprawiane przez szeptunki rytuały.
Podróż na Podlasie była podróżą w nieznane wcześniej dla mnie rejony. Dlatego też wszystko obserwuję z boku. Przyglądam się ludziom. Przyglądam się miejscom. Nawet wchodząc do domu, do którego ktoś mnie zaprasza, jestem tylko (a może aż) gościem. Takie też są fotografie. Są oglądaniem tego ludowo-mistycznego świata z pewnej odległości. Próba pokazania go oraz zdefiniowania pewnej przestrzeni, ale zawsze będąc krok do tyłu.

Fotografie

Zostały wykonane analogowo, stąd ziarno, czasem niedoczyszczony paproch czy jakieś nieostrości. Ale raczej im nie odbiera to niczego.Wręcz uważam, że z racji, że robiłam zdjęcia analogowo, i efekt finalny zobaczyłam dopiero w domu, po wywołaniu filmów, pozwoliło mi to skupić się bardziej na ludziach, niż na samym procesie robienia zdjęć. 

Grafiki

Grafiki akwarelowe wymagają małego wyjaśnienia. Rośliny, które się na nich znalazły, nie są przypadkowe, wszystkie bowiem w jakiś sposób związane są z szeptuszą liturgią. Mak wykorzystywany jest podczas modlitw, podobnie jak cukier – nasyca się energią, która potem chroni pacjenta. Róża jest powszechną dolegliwością, jedną z najpopularniejszych leczonych przez szeptuchy. Pojawia się jako zaczerwienienie i zazwyczaj przechodzi po zastosowaniu kuracji dziewięcioma zdrowaśkami bądź dziewięcioma ojcze nasz, w przypadku mężczyzny. Koniecznie przez dziewięć kolejnych dni. Len, a raczej kłębki lnu (koniecznie dziewięć) spala się na głowie pacjenta, przykrytej lnianą szmatką, w celu oczyszczenia. Lnem leczy się także różę oraz dolegliwości spowodowane przez wiatr. Wreszcie jemioła. Jemioła jest specyficzna, stanowi dla mnie swego rodzaju pomost pomiędzy światem pogańskim – od dawien dawna wykorzystywana chociażby przez druidów – a światem chrześcijańskim. Czyż w końcu w większości domów nie wieszamy jemioły na święta bożego narodzenia, ot na szczęście ? Na Podlasiu większość drzew jest przez nią zaatakowana. Można to traktować symbolicznie, biorąc pod uwagę jej wykorzystanie. 
Pani Anastazja, ze wsi Czeremcha, która jest szeptuchą, wyznania prawosławnego, jak większość ludzi na Podlasiu.  Leczy głównie z róży, ale też pomaga na różne pomniejsze przypadłości. Opowiedziała mi o swoją historię, zaprosiła do domu, pomodliła się, przenosząc dobrą energię w cukier, powszechnie stosowany w praktykach ludowych uzdrowicielek. 

 Pan Mikołaj, ze wsi Orla, która jest słynna tak naprawdę z innej pani.
Jednak to pan Mikołaj wzbudził moją ogromną ciekawość, ponieważ w szeptuszym
świecie zdominowanym przez kobiety, stanowi raczej przypadek dość odosobniony. Pan
Mikołaj odkrył swój dar przypadkowo, wcześniej żył jak większość mieszkańców
małych wsi, z rolnictwa. Ale podarowany mu przez mnichów skrawek materiału, na
którym miała stanąć Matko boska, i zostawić tajemne moce, sprawił, że obudziły
się w nim zdolności uzdrawiania przez modlitwę. Pan Mikołaj nie nazywa się
szeptunem, mówi, że on tylko się modli. I pomaga, i nic więcej. Nie czuje się
wyjątkowy. Jednak to od niego słyszałam opowieść, jak pan Jezus przechadza się
po wsi i zagląda przypadkowych domów.

 Ojciec Gabriel, prawosławny
pustelnik i słynny na cały region zielarz, który zbudował swój skit, oraz cały
ośrodek modlitewny na bagnach, niedaleko wsi Odrynki. Żeby do niego dotrzeć,
trzeba poczuć się jak pielgrzym. Najpierw przejść około dziesięciu kilometrów
przez puszczę, potem minąć wieś, wreszcie przejść przez prawie kilometr kładki,
która wiedzie do skitu. Ojciec Gabriel jest postacią bardzo charyzmatyczną,
przedsiębiorą i niebywale konkretną. Ale niechętny jest do rozmów na tematy
prywatne, i szybko ucina wszelkie 
dociekania. Niemniej na Podlasiu jest żywą legendą.

 

 Pani, której imienia nie znam, która nie jest postacią magiczną. Spotkałam
ją, kiedy dekorowała przydrożną kapliczkę z koleżanką, przed światami Wielkiej
Nocy. Ale wierzy w szeptusze czary. I to ona wskazała mi drogę do pani
Anastazji.

 Na zakończenie

 Z efektu finalnego jestem zadowolona. Też dlatego, że jestem bogatsza w wiedzę i nowe doświadczenie. A sam projekt na pewno będę kontynuować, bo nie uważam, żeby był zakończony – raczej jest zaczęty.

 Pewnie chwila minie, zanim znów wróce na Podlasie i będę się szwędac po wsiach, w poszukiwaniu szeptunek, ale na pewno to nastąpi.
W razie pytań – sluszę odpowiedziami i informacjami