Temat szkoły fotograficznej pojawiał się wielokrotnie. I przy wytłumaczeniach się z braku czasu. I przy pokazywaniu zdjęć z dyplomu. I pewnie jeszcze przy innych okazjach, których teraz nie pamiętam. Wiele razy też pojawiało się pytanie czego nauczyłam się w szkole fotograficznej, czy warto i jakie jest moje zdanie.
W przerwie pomiędzy pakowaniem się w wyczekiwane Bieszczady a pieczeniem ciastek owsianych na drogę, postaram się odpowiedzieć na te pytanie. Najdokładniej jak umiem, bo mój stosunek do szkoły foto jest dość ambiwalentny.

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-3

 

Dlaczego szkoła fotograficzna?

 

Z fotografią polubiłam się dawno. Początki były trudne, bo jako dziecko nosiłam okulary (plusy) i za cholerę nie umiałam ostrzyć aparatem analogowym (w tym wypadku Zenitem, który schowany w szafie u ojca był mi wydzielany od czasu do czasu, a potem przeszedł na moją własność i służył mi wielokrotnie aż do swojej śmierci).
Potem, podczas mojego rocznego mieszkania w Hiszpanii, fotografia stała się codziennością, bo bardzo dużo jeździłam stopem i bardzo chciałam się dzielić moim zachwytem tym krajem z ludźmi, którzy zostali w Polsce. W tym celu nawet powstał blog, dalej istnieje – jeśli kogoś interesują moje przygody w drodze zapraszam tutaj – KLIK.
Nie miałam wtedy pojęcia o wielu rzeczach technicznych, o prawidłowej obróbce zdjęć – wydawało mi się, że filtry w Lightroomie są prawdziwym wywoływaniem fotografii cyfrowej. Część z tym zdjęć bardzo lubię do dziś. Pewnie dlatego, że mam do tego hiszpańskiego roku ogromny sentyment.

 

Pomysł uczenia się fotografii dalej powstał potem. Bardzo dużo sama czytałam, bardzo ambitnie uczyłam się obsługi Photoshopa, wiele osób mówiło, ze zdjęcia wychodzą mi fajne. Kręciłam koreksem w łazience, wywołując sama czarno białe klisze. Coś wiedziałam, z czasem coraz więcej, ale chciałam, żeby ktoś, kto się na tym zna pomógł, poprawił, doradził i skrytykował. Bo tej krytyki mi najbardziej brakowało.

Znalazłam więc szkołę, zapisałem się do niej i zaczęłam swoją dwuletnią edukację.

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-1

 

 

Czego się nauczyłam ?

 

Mam wrażenie, z z racji, że nie poszłam do szkoły jako totalnie zielona osoba i jakąś wiedzę już posiadałam, ominęły mnie wszystkie podstawy. To znaczy, w programie one były i spory był na nie nacisk, ale mnie one dosyć nudziły. Wiedziałam sporo z zakresu techniki fotografii, znałam już podstawy Photoshopa, gdzieś tam nauczyłam się trochę o fotografii analogowej. Więc pod tym względem, wiedzowym, czułam trochę niedosytu. Właściwie do końca.

 

Na pewno nauczyłam się malować. To chyba numer jeden. W programie nauczania przewidziane były zajęcia z kompozycji i struktur wizualnych ( czyli po bożemu malowania). Pamiętam, że na jednych z pierwszych zajęć trzeba było narysować ołówkiem martwą naturę. Na dużym formacie, bo B2. Nigdy w życiu na takim nie rysowałam, a co dopiero czegoś, co istnieje w rzeczywistości. Ale ponoć się udało, zresztą własnie od tej martwej natury się zaczęło. Potem trzeba było malować akrylami, sama zaczęłam się uczyć malować olejami (sporo pomógł mi w tym prowadzący, bo jako jedna z nielicznych osób na fotografii byłam szczerze zainteresowana jego zajęciami. Pan od malarstwa został też później moim promotorem).
Brzmi to paradoksalnie, ale czasami więcej malowałam niż robiłam zdjęcia. I czasem sprawiało mi to o wiele więcej frajdy.

 

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-2

 

 

Zainteresowałam się grafiką i projektowaniem. Podczas tych dwóch lat, przewidziane były również zajęcia z pracowni komputerowej, grafiki komercyjnej. samemu projektowaliśmy swoje wizytówki, plakaty do wystawy dyplomowej, portfolio książkowe. Wszystko to w ilości minimalnej, ale dzięki temu poznałam kilka programów i zobaczyłam, jak dużo radości sprawia mi zabawa nimi. Jest masa rzeczy, których muszę się jeszcze nauczyć. Ale po raz kolejny – to właśnie w szkole foto dowiedziałam się czym jest kerning , jak obsługiwać In Design czy tworzyć proste animacje. Idealne podwaliny pod dalszą edukację w tej materii.

 

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-5

 

 

Nauczyłam się, że nawet najlepszy pomysł można o dupę rozbić, jeśli go nie realizujemy. Mogę mieć w głowie piękne zdjęcia, kosmicznie dobre sesje studyjne czy cykle reportażowe. Ale dopóki ich nie zacznę robić i nie zmaterializuję tych idei choćby w formie plików cyfrowych, to one nie są nic warte. To przekłada się na wszystko, ale tutaj dało o sobie znać wielokrotnie i często boleśnie.

 

 

Zrozumiałam, że pomysły nie biorą się z oglądania pięknych prac innych. Bo często można wpaść w pułapkę naśladownictwa. W fotografii, która jest medium wizualnym można się inspirować ale tym, co wizualne nie jest. Naoglądawszy się cudzych zdjęć, nawet nieświadomie możemy zacząć kogoś kopiować. A to nie ma sensu. Lepiej poszukać własnej drogi, czytając, słuchając, rozmawiając z ludźmi czy oglądając obrazy/ grafiki/filmy (to co prawda też medium wizualne, ale bardziej od fotografii oddalone).

 

 

Nauczyłam się, że jestem samotnikiem i nie umiem pracować w zespole większym niż dwie osoby. Zawsze brałam na siebie wszystko, bo chciałam, żeby było dokładnie tak, jak ja sobie założyłam, co zazwyczaj skutkowało albo (tylko) moim zadowolenie wkurwem na świat całej reszty. Nie umiem, mimo, że się starałam, mimo że próbowałam. Najlepiej mi się dogadać samej ze sobą, zwłaszcza, kiedy trzeba coś stworzyć. Ale jestem też zdania, że w tłumie ludzi i w hałasie głosów ciężko stworzyć coś wartościowego. Trzeba pobyć samemu ze soba, ze swoimi głosami w głowie, żeby zacząć działać naprawdę i wartościowo.

 

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-4

 

 

Zorganizowałam swoją pierwszą wystawę fotograficzną. Ponieważ był to warunek przystąpienia do obrony dyplomowej i w ogóle zakończenia szkoły. Kupa stresu, ale się udało. Satysfakcja była ogromna, kiedy widzi się swoje zdjęcia na ścianach, kiedy inni słuchają co się ma do powiedzenia na temat swojej pracy. Mam nadzieję, że ta wystawa choć pierwsza, nie będzie ostatnią.

 

 

Nauczyłam się tez masy mniejszych rzeczy – jak robić odbitki pod powiększalnikiem, jak rozwijać swoje pomysły w cykle zdjęciowe, jak budować cykl fotograficzny czy reportaż. Jak pracować z lampami w studiu, jak retuszować zdjęcia czy poprawiać je tak, żeby nie wyglądały jak z filtrem instagramowym. Najwięcej jednak dały mi rozmowy z nauczycielami, ich rady, pochwały i krytyki. Ale to od innych w końcu najwięcej się uczymy. A najważniejsza lekcja, jak mi została w głowie to

 

 

„Rozwój jest możliwy jedynie, kiedy wychodzimy poza strefę komfortu”.

 

Kiedy mam ochotę się poddać, powtarzam to jak mantrę.

 

 

szkola-fotograficzna-rudoroz-6

 

 

Czy widzę jakieś minusy? Mnóstwo. Począwszy od tego, że mam poczucie, że mogłam się w tym czasie nauczyć o wiele więcej, przez część projektów, które uważam do tej pory za bzdurne, a jednak trzeba je było realizować po kupie kasy, którą jednak taka szkoła pochłania (bo nie mówię tu tylko o opłacie za nią, ale też wszelkich pomocach naukowych, które też swoje kosztowały).

 

 

A jednak jestem zadowolona. Wiem, że sporo się nauczyłam, zwłaszcza tych rzeczy, których nie wyczytałabym w książkach. Mam niedosyt, ale nad nim pracuję we własnym zakresie. Dwa lata temu chciałam zawodowo zająć się fotografią, w tym momencie coraz bliżej mi jednak do grafiki. Niby to system naczyń połączonych. Ale od jednego do drugiej jest kawałek do przejścia – i ja jestem w trakcie budowania tego połączenia, mam nadzieję, że się uda.