Nigdy nie przykładałam wagi do tego, ile mam lat. Nigdy nie miałam wrażenie, żeby te liczby jakkolwiek mnie definiowały. Nie obchodziłam hucznie ani osiemnastki, ani dwudziestki ani dwudziestki piątki. Właściwie trzydziestki też nie zamierzam. Choć niby nic się nie zmienia, wcale nie czuję się starsza niż byłam – choć pewnie dla 16-letniej siebie samej byłabym dinozaurem
Nie myślę o sobie w kategoriach – „za stara na coś tam”, „nie wypada” i tak dalej. Metryki są gdzieś obok.
Niemniej mam jakiś melancholijny czas od końca marca. Czas, kiedy próbuję zdefiniować to kim jestem, czy żyję właśnie tak, jakbym chciała i czy robię to, co mnie rozwija.
Trzydzieści lat to sporo czasu. Tyle trwała woja w XVII wieku. Tyle mniej więcej, zostało mi do emerytury. I sporo si ę przez ten czas nauczyłam. Chcecie wiedzieć, jakie najważniejsze lekcje mogę wyciągnąć z tych ponad 10 tysięcy dni, które mam za plecami ?

 Podejmowanie ryzyka.

Kiedy trafia się okazja, trzeba spróbować z niej skorzystać, a nie bać się i szukać jakichś idiotycznych racjonalizujących wymówek. Tyczy się to zarówno zmiany pracy, której się nie lubi, rzucania studiów, które nas nie fascynują (nie ma sensu ciągnąć do końca czegoś, co jest nudne jak flaki z olejem, tylko dla samego papierka, który dzisiaj wcale ważny nie jest) jak mnóstwa innych, mniejszych rzeczy, które przytrafiają się po drodze. Ryzykuj.

Olewanie.

Tak dokładnie. Olewanie rzeczy, na które nie ma się bezpośrednio wpływu, które tylko nas irytują i nic w nasze życie nie wnoszą.

Superbohaterowie istnieją, ale u Marvela. I niech tam zostaną.

Chęć bycia doskonałym ma więcej wad niż zalet. Można być świetnym pracownikiem, doskonałą matką, zajebistym grafikiem, biznesmenem albo pielęgniarką. Naukowcem, programistą czy listonoszem. Można też do tego biegać maratony, zdobywać Koronę Ziemi i uczyć dzieci wypalać ceramikę. Mieć zawsze lśniącą łazienkę, najzdrowsze 3 świeże, codziennie gotowane posiłki dziennie, świetny wygląd, wyprasowane ubranie i sryljon znajomych, dla których zawsze ma się czas. Pewnie też doskonałe i uśmiechnięte dzieci.

Ale można też być super w jednej dziedzinie i do tego fajnym człowiekiem. Ja mam na przykład marzenia, ale do nich droga daleka. Dlatego jeśli tylko mam czas, to nad mini pracuję. Ale praca ta nie poleca na polerowaniu fug w łazience. Ani na lśniącej podłodze.

Pamięta się widok z Giewontu, kiedy nie było na nim ludzi. Nie lśniące blaty kuchenne.

Kolekcjonowanie wspomnień.

Pamięta się miejsca, sytuacje, smaki i zapachy.
Pamiętam wszystkie swoje autostopowe podróże po Hiszpanii, po Portugalii, po Francji.
Pamiętam kradzione w Grecji granaty.
Pamiętam zachwyt, kiedy po praz pierwszy zobaczyłam ośnieżone Tatry.
Pamiętam spanie w jaskini na Scaromonte albo na plaży w Andaluzji.

To czego nie pamiętam, nie jest aż takie istotne z tego wynika.

Uczenie się.

Może to tylko taka moja przypadłość, ale nie umiem przestać się uczuć. Po skończeniu jednych studiów, olaniu drugich, po szkole fotograficznej, ja dalej mam niedosyt wiedzy. Ciągle i ciągle.
Chyba nigdy nie przestanę chcieć wiedzieć i umieć więcej, i jestem w stanie wiele dla tego poświęcić.
Nie wolno oszczędzać na swojej wiedzy, ani pieniędzy (lepiej skończyć kurs kurs niż wzbogacić się o dwie kiecki) ani przede wszystkim czasu.
Tak, uczenie się jest ważniejsze niż wyprane firanki.

Odpoczywanie.

Tego jeszcze nie umiem.
Kiedy ma wolny dzień od pracy, moja lista rzeczy które są „to do” jest długa jak niejedna litania”.
Kiedy mam wolny dzień, budzik obowiązkowo nastawiony jest na 6:30, najpóźniej na 7 a ja mam motorem w tyłku, żeby jak najwięcej. Gdzie tam spanie czy leżenie z książką.
Szkoda mi czasu na takie totalne odpoczywanie. Ale coraz bardziej dostrzegam, że jednak jest potrzebne. Może nie cały dzień, ale choć kilka godzin.

Mówienie „kocham Cię”

Tak, to jest ważne i fajne. Fajnie, jest bez powodu zadzwonić do mamy czy do babci.
Fajnie jest upiec mężowi jego ulubione muffinki albo przynieść z biblioteki książkę, która go zainteresuje.
Fajnie jest doceniać, że inni są, że nas kochają i pokazywać im to drobiazgami. Codziennie, często. Nie tylko z okazji walentynek czy dnia matki.

Docenianie siebie.

Chyba wiele osób mam z tym problem, ja często też.
Nie cenię tego, co robię – wydaje mi się to oczywiste i banalne. Nawet, jeśli włożę w coś bardzo dużo pracy to duma mija z prędkością światła i zaczynam wywlekać na wierzch niedociągnięcia.
A przecież docenia nie siebie to nie tylko sposób na poprawienie sobie nastroju. To też forma lubienia siebie samego i dbania o siebie.

Cieszenie się z codzienności.

Lubię cieszyć się bzdurami. Że wyrosła mi bazylia z nasionka, że podoba Wam się tapeta z bzem, że upiekłam ciasto, że widziałam fajny serial.
Że powietrze pachnie i świeci słońce, albo że pada deszcze, bo lubię jego dźwięk i nie muszę wychodzić z domu.
Że trafiłam na super książkę, że nauczyłam się czegoś nowego.
Albo, że była świadkiem śmiesznej sytuacji i mogę komuś o niej opowiedzieć.
Im więcej takiego mikro zadowolenia z małych rzeczy, tym lepszy nastrój i patrzenie na świat.

Zadanie pytań, kiedy nie wiem.

Z tym raczej nigdy nie miałam problemu, podobnie jak z przyznawaniem się do błędów i pomyłek. Ale im jestem starsza tym bardziej widzę, jak bardzo jest to w życiu potrzebne.
Czasem powiedzenie „Tak, spieprzyłem”, „Nie, nie wiem jak to zrobić” znacznie ułatwia życie. I nam i innym. I wcale nie czyni nas głupkami w oczach innych, może jedynie w naszej głowie.

Praca i pieniądze są potrzebne.

Tak są. Nie ma co ściemniać. Fajnie jest mieć hajsy na podróżowanie, na dobre jedzenie, na książki i na fanaberie.
Nie wyobrażam sobie nie pracować, jest to dla mnie tak oczywiste jak mycie zębów.
Czasami tylko marzę, żeby ta moja praca była nie tylko powodem przypływów na konto 10-tego każdego miesiąca, ale też źródłem satysfakcji ze swojego działania. Ale jak mówiłam, do tego dążę. W końcu.. jeszcze trzydzieści lat do emerytury – fajnie by było zajmować się przez ten czas czymś, co daje rzeczywistą satysfakcję.

Trzeba mieć zainteresowania.

Nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, że człowiek nie ma zainteresowań, hobby czy pasji. Że nie jara go nic, że nie marzy o momentach, kiedy może popaść we flow twórczy czy poświęcić długie godziny na rzeczy, które go cieszą jak dziecko. Nie ma znaczenia czy to oglądanie owadów, sadzenie kwiatków, nurkowanie czy robienie na drutach.
Jeśli jednak ktoś taki istnieje,warto poszukać. I szukać, dopóki się nie znajdzie.
Bez zainteresowań i pasji życie wydaje mi się wegetatywne.

Interesowanie się światem dookoła.

Dawniej w ogóle nie interesowała mnie ani polityka, ani sprawy społeczne. Był to świat alternatywny, który dzieje się gdzieś obok mnie, podczas gdy ja studiuję, pracuję i robię swoje.
Przyszedł jednak moment, kiedy zaczęłam się tym interesować – i nie bez winy jest tutaj mój Małżonek.
Uważam, że obowiązkiem każdego człowieka jestem minimum zainteresowania rzeczywistością, w jakiej żyje. Nie uznaję tłumaczenia, że polityka mnie nie interesuje, że ja się na tym nie znać, że mnie to nie dotyczy.
Jeśli jestem obywatelem jakiegoś państwa, moim obowiązkiem jest wiedzieć, co się w nim dzieje, brać udział w wyborach, podejmować świadome decyzje. To obowiązek, który wynika z przywileju demokracji. I należy go wypełniać.


Nauczyłam, się też milion innych rzeczy.
Że jeśli się ciężko nad czymś pracuje to w końcu się uda.
Że przeszkody i porażki są takimi przystankami na drodze, na których albo można wyciągnąć lekcję i iść dalej, albo się zatrzymać i zostać.
Że najważniejsze jest to, co jest ważne dla mnie.
Że czas jest. Nie jest królikiem, za którym trzeba gonić i którego trzeba targać za uszy z nory, żeby nam nie uciekł. On po prostu istnieje.
Żeby działać, a nie czekać. Na Godota czekali i nie przyszedł, więc my też nie czekajmy, bo możemy się nie doczekać.

 

Lubię siebie z tą wiedzą, którą mam dziś.
Nie cofnęłabym się w czasie – choć wielu swoich decyzji, podjętych i nie trochę żałuję.
Mogę gdybać, że gdybym zamiast tym zajęłam się tamtym, to bym była w innym miejscu. A może wcale bym nie była.
Wiem, dokąd zmierzam i chyba to jest najfajniejsze