Pewnie jak można od dłuższego czasu zauważyć, na stronie fejsbookowej ciągle pojawiają się dwie stałe – mniej lub bardziej spóźnione tapety na początku miesiąca oraz… wyjazdy w góry.

O tapetach pisać nie będę, bo jakie są każdy widzi, a jeśli ktoś marzy o innych, zawsze można do mnie napisać mail w stylu „mam dość kwiatków, marzą mi się balony” – i wtedy postaram się, w miarę możliwości owo marzenie spełnić
Chciałabym jednak napisać o tych górach. Bo w moim przypadku to dość zabawna sprawa.

Początki

Początków jako takich nie było. Kiedy byłam na studiach, za nic na świecie nie dałam się przekonać, że chodzenie po górach może być fajne. Idiotyzmem wydawała mi się rozrywka typu „iść pod górę, po to, żeby potem schodzić”. Serio
I nie istniała taka siła we wszechświecie, która przekonałaby mnie, żeby chociaż spróbować.

Taki stan rzeczy trwał i trwał. Aż trafił się odważy i upierdliwy w temacie – mój szanowny Małżonek. Namawiał mnie na góry i namawiał, aż w końcu bez większego przekonania zgodziłam się pojechać w Bieszczady.

I właściwie od tych Bieszczadów wszystko się zaczęło.

góry

Pierwszy raz widziałam jesienne Bieszczady, na punkcie których zwariowałam – i wiem, że musimy tam wrócić, czy to jesienią czy zimą (choć dla mnie te minusowe temperatury dalej są przerażając, to jednak monochromatyczny widok bieli i niebieskiego przekonuje). Pierwszy raz przelazłam długie kilometry od szczytu do szczytu, od schroniska do schroniska, z dość ciężkim plecakiem, aparatem w łapie i pewnością, że właśnie odkryłam coś, co zdecydowanie nie będzie jednorazową wycieczką.

Po Bieszczadach przyszły Pieniny, raz i drugi, potem krótka wycieczka na Babią Górę, potem zapadanie się w śniegu w Gorcach, zimowe Tatry.

Przed zimą w górach też początkowo się wzbraniałam. Jako osoba lubiąca ciepełko, nie do końca widziałam siebie przebierającą nogami w śniegu. Do czasu, aż nie pojechałam i nie zobaczyłam, jak zimą góry wyglądają.

góry

A jest to chyba jeden z najpiękniejszych widoków jaki miałam okazję zobaczyć. I moim skromnym zdaniem najlepiej prezentuje się na czarno białych zdjęciach. Zimno nie jest aż takie straszne, wystarczy się ubrać i mieć zapas ubrać, ot tak na wszelki wypadek – u mnie konieczny.

Powoli trasy się wydłużają, a lista zdobytych gór się wydłuża. A ja ciągle chcę więcej. Zaczynam powoli marzyć o wspinaniu, choć na to też pewnie przyjdzie czas. Chcę coraz wyżej, coraz dłużej i coraz dalej.

góry

A wiecie czego nauczyły mnie góry?

Że mogę więcej, niż mi się wydaje. 

Nie raz pisałam o tym, że od czasu do czasu mam problem z kolanem. Że przez jakiś czas nie byłam w stanie biegać z powodu kontuzji. I od czasu do czasu to się odzywa na szlaku. Zdarzyło mi się schodzi ze łzami w oczach, tak cholernie bolało. Zdarzyło mi się, że nie byłam pewna czy dojdę, bo coś mnie obcierało czy zaczynało mi dokuczać zimno i zmęczenie.

W takich momentach, zawsze przypominają mi się historie  o himalaistach, w których się ostatnio zaczytuję. O Wandzie Rutkiewicz, która ze złamaną nogą organizowała wyprawę na K2. O Krzysztofie Wielickim, który zdobywał ośmiotysięczniki w gorsecie ortopedycznym. To nie są superbohaterowie z komiksów Marvela. To byli ( a nieliczną są) ludzie z krwi i kości. Uparci, wybitni w tym, co robili i robią, nieugięci. W życiu nie ośmieliłabym się z kimś takim porównywać. Ale w gorszych momentach zazwyczaj myślę „Bez jaj. Wanda szła ze złamaną nogą, to ja w opasce elastycznej też dam radę zejść. To nie wyczyn na miarę Everestu „.

A potem jestem z siebie dumna. I wiecie, ta wytrwałość przekłada się też na mniejsze rzeczy – dałam sobie radę w niezbyt przyjemnych okolicznościach przyrody, dlaczego mam nie podołać w innych sytuacjach ?

góry

Nauczyłam się też, że rezygnacja niekoniecznie oznacza poddanie się.

Był taki dzień, kiedy zaplanowane było wyjście na Kozi Wierch. Miało być ładnie, miały być zdjęcia, wszystko idealnie. Wstaliśmy o 4 rano, przygotowani na wyjście, ale na zewnątrz schroniska wszystko zasnute było chmurami burzowymi. Iść czy nie iść. Po dłuższej ocenie tego, czy wchodzenie na górę w mokrym, śliskim śniegu w burzowej chmurze jest rozsądne, zrezygnowaliśmy.

Burza przyszła co prawda później, kiedy siedzieliśmy wieczorem w autobusie powrotnym do domu. Na początku oczywiście miałam ból czterech liter – bo na upartego pewnie by się dało. Ale góry nie uciekną, nie ma co się pchać i ryzykować. Uda się następnym razem.

Co jeszcze?

Utwierdziłam się w przekonaniu, że wysiłek fizyczny i zmęczenie mięśni to najlepszy odpoczynek dla głowy. 

Pewnie jak większość społeczeństwa unikałam lekcji WF-u jak ognia. Na studiach chodziłam na basen, bo były to najkrótsze zajęcia i najłatwiej było się na nich opieprzać. Teraz też mam wzloty i upadki jeśli chodzi o systematyczność w uprawianiu sportu i aktywność fizyczną, ale już się nie wzbraniam, wręcz przeciwnie. Wiem, że jeśli się zmacham, będę się czuć świetnie i głowa będzie mi lepiej pracować. Plus oczy odpoczywają od patrzenia w komputer. To też jest ogromna korzyść.

I prawda jest taka, że piwo nigdy nie smakuje tak dobrze, jak po solidnym dniu wyrypy na szlaku

góry

Góry uczą pokory. 

Pokory wobec siły natury, nad którą nie możemy zapanować.  Zjawiska takie jak burze, zmiany pogody, lawiny – trzeba nauczyć się wobec nich postępować, nie można ich lekceważyć. Tak samo jak faktu, że w górach mieszkają niedźwiedzie czy wilki – i to my jesteśmy u nich gośćmi, a nie one u nas.

Uważność. 

Nie ma co się oszukiwać, na co dzień większość z nas zapiernicza jak trybiki w maszynie. Dom, praca, zainteresowania, cele i marzenia do zrealizowania. Byle więcej, byle szybciej. Produktywność, listy zadań, odhaczanie kolejnych zdobyczy. I marzy nam się hygge, marzy nam się slow life, brakuje mam uważności.

Tymczasem, jadąc w góry, na tę uważność jesteśmy skazani. Musimy patrzeć na znakowanie szlaku. Patrzeć pod nogi, żeby się nie poślizgnąć, albo żeby kamień nam się nie obsunął spod buta. Patrzeć, żeby nie strącić kamienia komuś na głowę. Każdy pojedynczy krok ma znaczenie. Tutaj uważność i skupienie są stanem jak najbardziej naturalnym, wcale nie trzeba za nim gonić. Nie trzeba medytacji, bo sama droga jest prawie jak medytacji. Nie trzeba specjalnych technik, wystarczy po prostu iść

Fajnie jest kolekcjonować zdobyte szczyty. 

Zacząć je rozpoznawać, myśleć „o, tutaj już byłem, to widziałem”. Można – tak jak my, zbierać szczyty do książeczki turystycznej, żeby dostać odznakę. Brązową, srebrną albo złotą, w zależności od tego, ile miejsc się odwiedziło.

Nie jestem żadnym ekspertem, ba – jestem totalnym żółtodziobem, bo po górach zaczęłam chodzić niecały rok temu. Ale wiem, że zostanie to ze mną na strasznie długo.  Marzy mi się wspinanie, marzą mi się dalsze wędrówki i wyprawy, ale wszystko w swoim czasie.

 

Fajnie, że mam takiego upartego Męża, któremu udało się przekonać równie upartą osobę jak ja, że wyżej, niż na poziomie miasta jest pięknie

A jeśli znajdzie się ktoś, kto też jest tak uparty jak ja byłam – dajcie się przekonać, że warto spróbować.