Zawsze lubiłam kolory, akwarele, motywy botaniczne. Czasem ciągnęło mnie do farb akrylowych, czasem do gęstych olejnych. Czasami nawet towarzyszyły mi kredki. Jednak zawsze, ale to zawsze był kolor. Skąd zatem wzięła się na mazista, głębkoka czerń?

Na mojej drodze pojawił się linoryt. Właściwie banalna technika, która oczarowała mnie procesem powstawania i powtarzalnością. Jestem totalnie zakochana też w nieprzewidywalności, błędach i możliwościach prób. Ale od początku.

linoryt

Co to jest linoryt ?

Linoryt jest techniką druku druku wypukłego. Rysunek w tej technice żłobi się w linoleum (zwanym inaczej gumolitem), za pomocą dłut. Kawałek linoleum z wyżłobionym nań rysunkiem to matryca, którą pokrywamy farbądrukarską, a następnie odbijamy na papierze. Voilà, jakie to proste.

Zasadniczymi zaletami linorytu, w odróżnieniu od drzeworytu na przykład, jest duża łatwość obróbki materiału oraz jego odporność na uszkodzenia.

Można do porównać do stępla lub pieczątki. Linoryty mogą być maleńkie i używane właśnie jako dekoracyjne stemple. Ale osiągają też naprawdę ogromne rozmiary ( Kelli MacConnell, amerykańska artystka, która robi wspaniałe linoryty z drzewami, warto zerknąć na jej stronę).

Wykonanie linorytu nie jest specjalnie trudne, podobnie jak wykonanie odbitki. Piszę wpis z perspektywy osoby uczącej się od zera praktycznie, więc wszelkie informacje przekazuję tutaj z mega subiektywnego punktu widzenia.

Narzędzia na start

linoryt

Początkowy zestaw nie jest specjalnie skomplikowany. Wystarczy nam kawałek linoleum, dwa dłuta ( o kształcie u oraz v), farba drukarska, gumowy wałek, i papier. Koszt takiego zestawu to około 100-120 zł, w zależności od sklepu – ot, żeby przekonać się, czy ta zabawa nam się podoba. Oczywiście, wszelkie materiały mogą kosztować znacznie więcej, tak jak ma to miejsce ze wszystkimi materiałami artystycznymi. Ale na początek, żeby się sprawdzić – zdecydowanie nei ma co szaleć.

Dłuta do linorytu

dłuta do linorytu

Najpopularniejsze dłuta są zakończonie albo w kształcie litery „U” albo w kształt litery „V”. W zależności od wielkości końcówki dłutka, otrzymamy mniej lub bardziej precyzyjne cięcia w materiale linoleum.

I tak narzędzia w kształcie „U” tworzą żłobki, natomiaste te w kształcie „V” (moje ulubione) są idealne do bardziej precyzyjnych linii, szczegółów i małych powierzchni.

Im większy nacisk, tym głębsze i szersze wyżłobienie. Dobrze jest poćwiczyć na jakimś małym kawałku dłubanie – słabiej, mocniej, w różnych kierunkach. Tak jak każda technika, ta wymaga pewnej wprawy w operowaniu narzędziami.

Oczywiście są różne rodzaje dłut. Te, które ja używam są z rodzaju raczej budżetowych. Jest to seria włoskiej firmy RGM, ze stali hartowanej. Koszt jednego waha się od 10 do 30 zł. Póki co jestem z nich zadowolona, i jeszcze nie ma potrzeby ich ostrzyć ( tak naprawdę dobre dłuto to ostre dłuto). Z wyższej półki są naprzykład dłuta firmy PFEIL ( tutaj cena jednego to około 80 zł) lub amerykańskie FLEXCUT ( i tutaj około 25$, w zależności od precyzyjności narzędzia).

Nie mam pojęcia jak działają zestawy z wymiennymi ostrzami, bo nigdy z takim nie miałam do czynienia.

O dłuta trzeba dbać, bo spadając z wysokości mogą się wyszczerbić. Wyczaiłam u kogoś na instagramie, że korki od wina są świetną zatyczką, która chroni przez uszkodzeniami – polecam!

Linoleum

linoryt linoleum

Tutaj nie mam wielkiego doświadczenia, bo na razie pracowałam tylko na dwóch rodzajach.

Pierwsze to szara płyta linoleum, wykonana z tkaniny jutowej krytej warstwą mieszaniny polichlorku, winylu z kalafonią, żywicy, kauczuku, mączki korkowej1). Sprzedawane jest w płytkach o różnych rozmiarach (największy to chyba 30x40cm i ich ceny wahają się, w zależności od wielkości, od 5 do 45 zł. Bardzo łatwo się z nim dłubie, jest dość twarde i bardzo je lubię. Dłutka się po nim nie ślizgają, dobrze trzyma się na nim farba.

Drugie linoleum z którego korzystałam, to płyta do linorytu Softcut2. Ten materiał jest dużo miększy, bardziej plastyczny i przyjemniejszy w dotyku. Jednak nie polubiłam sięz nim, bo jest ZA miękki. Za głęboko mi się w nim wycinało, za łatwo. Ale może komuś bardziej się spodoba. Cenowo prezentuje się dokładnie tak samo.

Prawdopodobnie, jeśli wciągnę się na maksa (a wszystko na to wskazuje), to zacznę kupować linoleum przemysłowe Bo materiał jest dość drogi, zwłaszcza przy większych formatach (a mnie na przykład najbardziej odpowiada A4). Ale wszystko przede mną – chętnie przyjmę wszystkie polecenia.

Farba i wałki do malowania

linoryt

Wałek potrzebujemy gumowy. Występują one w kilku rozmiarach, ale taki 10-15 cm zdecydowanie załatwia sprawę na początek. Bardzo fajnie rozprowadza się na nim farba, i łatwo się czyści.

Jeśli chodzi o farbę, do tej pory używałam jedynie wodorozpuszczalenj, olejnej czarnej farby marki Renesans. Ma piękny czarny kolor i dziwny zapach. Mnie nie przeszkadza, ale słyszałam że śmierdzi morzem. Jedynym minusem tej farby jest proces schnięcia – trwa to około 3-4 dni. Zatem robiąc odbitki linorytowe, muszę mieć przygotowaną powierzchnię do suszenia na kilka dni, co w maleńkim mieszkaniu jest dość uciążliwe i budzi sprzeciw Szanownego Małżonka

Z farbami będę kombinować w przyszłości, więc na pewno pojawią się kolejne recenzje.

Dodatkowe narzędzia

Papier – i tutaj nie będę się wymądrzać. Bo jestem w fazie testów. Myślę, że trzeba znaleźć swoje idealne medium. Dla jednych będzie to bibuła japońska, dla innych papier o grubej gramaturze. Ja póki co odbijałam na papierze szarym, na papierach grubszych – takich do miks media i na cieniutkim papierze szkicownikowym.

Szybka do rozprowadzania farby – na szybie najlepiej odbywa się proces „nabierania” farby na wałek. Rozprowadzamy farbę, dopóki wałek w całości się nią nie pokryje i później, za pomocą wałka przenosimy ją na matrycę z linoleum. Szybę łatwo umyć, więc jest idealna.

Prasa drukarska. I tutak zaczyna się zabawa. Profesjonalna prasa do odbitek kosztuje sporo. Można kombinować z robieniem prasy samodzielnie, jesli ktoś ma zmysł majsterkowicza i miejsce w warsztacie/ pracowni. Ale przy małych formatach, idealnie sprawdza się… drewniana łyżka. Serio. Proces wygląda następująco – na linoleum pomalowane farbą kładziemy papier, następnie lekko docisnamy ręką i następnie dociskamy za pomocą łyżki, tak jakbyśmy chcieli wetrzeć farbę w papier. Brzmi jak czarna magia, ale jest to banalnie proste.

Czarna magia linorytu

Dlaczego więc tak bardzo mi się ta technika podoba? Bo jest dość rzemieślnicza. Wykonanie matrycy wymaga wysiłku fizycznego. Podobnie jak wykonanie odbitki – dociskanie, i wprasowywanie farby w papier sprawiają, że praca ta jest mega satysfakcjonująca. Dodatkowo pierwsze odbitki często są zaskoczeniem, bo możemy przeoczyć niedoskonałości – gdzieś źle docięte, gdzieś jakaś pozostałość. Damy za mało farby, za dużo, coś gdzieś nie chwyci.

Dodatkowo, bardzo, ale to bardzo podoba mi się możliwość łączenia linorytu z innymi farbami – na przykład z akwarelą. Jak na poniższym zdjęciu. Ale będę dalej eksperymentować, to bardziej niż pewne.

linoryt

Póki co powstały trzy morskie stwory, inspirowane starymi atlasami animalnymi. W planie mam kolejne 9, więc morska seria będzie dość obszerna. Na pewnio będę kombinować z metodami połączeń, albo z odbitkami dwukolorowymi.

I mam w planie też osobny post o tym, jak samodzielnie taką odbitkę zrobić Mam nadzieję, że uda mi się kogoś zarazić tą magią.

linoryt

Przypisy do tekstu:
  • 1 informacja ze strony sklepu Szał dla plastyków, https://www.szal-art.pl/plyta-linoleum-do-linorytu_1678_3131/
  • 2informacja ze strony sklepu Szał dla plastyków, https://www.szal-art.pl/essdee-plyta-do-linorytu-softcut_1678_6490/